Wcześnie rano, koło trzeciej,
jeszcze słońce mocno spało.
Zerwaliśmy się tak wcześnie
bo na dorsze nas pognało.
Włodek nas popędzał jeszcze,
dzwoniąc do nas z swego „Plusa”,
bo On jeszcze od nas wcześniej,
za sterami auta usiadł.
Wszyscy się zebrali wreszcie,
auta więc ruszyły w pędzie,
koła nas do portu nieście,
bo tam „Pilker” czekać będzie.
Droga szybko nam przebiegła
i już w porcie lądujemy,
w głowach myśl się tłucze jedna,
ile dorszy my złapiemy.
Każdy wędkę dostał w łapę,
no i na rozgrzewkę piwko,
Andrzej się po głowie drapie,
stojąc z Włodkiem na przeciwko.
Obok się ustawił Staszek,
Janek z drugiej kutra strony.
Osuszyli kilka flaszek,
wędki w „pilker” uzbrojone.
Włodek złowił kilka dorszy,
Andrzej złowił kawał sieci,
Staszek, Janek też nie gorsi,
jak ten czas nam szybko leci.
Dorszy było jeszcze kilka,
morze nas ukołysało,
dzień przeleciał nam jak chwilka,
tylko dorszy nam wciąż mało.
Przyszedł czas podsumowania,
wśród nas Włodek mistrzem został,
wszyscy mieli piękne brania,
każdy miarę szczęścia dostał.
Bałtyk dał przeżycia piękne,
mewy z krzykiem nurkowały,
w białe fale pianą mętne,
z wody resztki wyławiały.
Plany nowe już powstały,
kiedy kije znów chwytamy,
bo nad morzem nasz świat cały,
gdy na dorszach się spotkamy.
Szczecin, Kołobrzeg, dnia 28 lipca 2004 r.
Andrzej Pyrczek