Na kamiennym góry stoku,
tam, gdzie jaskiń ciemnych wiele,
przy kamieniu nieco z boku,
żmija chytra boki grzeje.
Jeszcze dzisiaj nic nie jadła,
słonko błogo ją rozgrzało,
czyha na mysz, co się skrada,
do ziarn traw, którymi siało.
Żmija syk wydała cichy,
język łowi zapach życia,
myszki los jest coraz lichszy,
żmija długa, myszka tycia.
Nagle z boku tupot srogi,
słychać i głośne sapanie,
myszka smyrgnęła do norki ,
jeżyk wypadł na polanę.
Żmija nieco zadziwiona,
w obwarzanek się zwinęła,
co za dziwna to persona,
z pośród krzaków wychynęła.
Jeż w pobliże jej potruchtał,
lekceważąc jady gada,
za łbem żmiję zębem złapał,
ot i cała już parada.
Żmija pręży się i zwija,
nie pomogły sploty sprytne,
jeż nie puszcza, martwa żmija,
tak to myszka uszła z życiem.