Życiodajne słońce, co wisi nad nami.
Robi różne figle, hen gdzieś nad chmurami.
Zimą pięknie grzeje, wyziębione kości,
ale latem za to – brak mu jest litości.
Skwar okropny dusi, pozbawia oddechu,
ludziom starszym wtedy daleko do śmiechu.
Dopiero więc wtedy w głowie myśl się rodzi,
o co tak naprawdę słoneczku tu chodzi.
Jak ludzie w Afryce to wytrzymać mogą,
ten upał piekielny, gdy iść muszą drogą.
Po kropelkę wody, co płynie w strumieniu,
którą później niosą w tykwie na ramieniu.
Słońce piecze ziemię, wilgoć z niej wysysa,
tak piecze okrutnie, że dzwoni aż cisza.
Jedynym ratunkiem odrobina cienia,
gdzieś pod baobabem przy brzegu strumienia.